Home Blog O dobrym pasterzu

Blogi na Nasza-Wiara

Użytkowników naszych Blogi .

cze 07
2013

O dobrym pasterzu

Dodany przez Magdalena Tarasiewicz   -   [Cały blog]

Magdalena Tarasiewicz

 

      Pewien młodzieniec został wezwany przed oblicze swojego Króla. Choć królewskie posiadłości były przeogromne, a jego władza potężna, był to jednak Król niezwykle miłościwy i troskliwy. Mądrzy ludzie powiadali, że ten wszechwładny Pan znał nie tylko wszystkich swoich poddanych, ale także ich marzenia i myśli.

- Czy chcesz być pasterzem mojej trzody? Jest bardzo liczna, a mam za mało pasterzy, którzy mogą się nią zająć. Zanim mi jednak odpowiesz na to pytanie, musisz się dobrze zastanowić, bowiem by być dobrym pasterzem, musisz opuścić swoich bliskich i rodzinne strony. To wymaga od ciebie ogromnego poświęcenia, ponieważ od tej pory najważniejsze będzie dla ciebie to, by wszystkie moje owce były zadbane, syte i bezpieczne. Opieka nad nimi zajmie więc ci tyle czasu,  że odtąd nie będziesz miał dla siebie czasu. Nie możesz zatem mieć żony i dzieci, gdyż moja owczarnia będzie twoją rodziną. Nie martw się jednak o swój byt, zatroszczę się bowiem o wszystko i kiedyś sowicie nagrodzę.

Młodzieniec zasmucił się, miał bowiem inne plany. Marzyła mu się własna rodzina – piękna i kochająca żona oraz gromadka dzieci, bezpieczny, przytulny domek  z ogródkiem  i własnym warsztatem. Czy można jednak odmówić słynącemu z mądrości Królowi? On, jak najlepszy ojciec, znał przecież to, co każdemu jest potrzebne do szczęścia, więc pewnie nie bez przyczyny poprosił go o to, by poszedł na jego służbę. Młodzieniec wiedział, że to zaszczyt być sługą  tego władcy, więc po chwili odrzekł:

- Mój miłościwy Panie! Ty wiesz, że marzyłem o innej przyszłości. Wiem też, że kochasz nas bardziej niż rodzony ojciec, dlatego przystaję na twoją propozycję. Choć służba wydaje się trudna, a ty jesteś wymagającym pracodawcą, wierzę, że w każdych okolicznościach nie zostawisz mnie bez pomocy.

Po pożegnaniu się z najbliższymi, powrócił do Króla, by udać się do powierzonej owczarni.

Król wyposażył go we wszystko, co mogło się przydać młodzieńcowi w pasterskim życiu. Udzielił mu wielu cennych rad, sam bowiem był doskonałym pasterzem. Wskazał młodzieńcowi okolicę, która odtąd miała być jego ojczyzną i owczarnię, którą się miał zająć.

- Zaopiekuj się moimi owcami bardzo troskliwie, otocz je baczną uwagą, gdyż w pobliżu grasuje groźna wataha wilków, polująca nie tylko na bezbronne owce, ale i pasterzy. Wielu z nich nie tylko poraniły, ale i zagryzły. Strzeż się więc ich we dnie i w nocy, bo to bardzo podstępna zgraja.

Młodzieniec z zapałem przystąpił do wypełniania swoich obowiązków. Podczas gdy owieczki pożywiały się soczystą trawą na pastwisku, on postanowił zapoznać się z zagrodą, która od tej pory miała być jego domem. Najpierw sprawdził ogrodzenie. Wymagało w wielu miejscach naprawy, co niezwłocznie uczynił, by grasujące wilki nie przedostały się na teren zagrody przez dziury w płotach i grodzących murkach. Zajęcie przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych, nie mógł więc przygotować sobie wygodnego miejsca do nocnego wypoczynku. I ono wymagało remontu, gdyż przez dziury w dachu szałasu widać było gwiazdy na pogodnym niebie.  Był jednak tak zmęczony, że niemal natychmiast usnął na skleconym pospiesznie posłaniu. Niedługo spał, gdyż obudziło go szuranie – jakby ktoś skradał się po splecionym z gałęzi i pokrytym trzciną dachu szałasu. Młodzieniec spojrzał w górę ku otworowi w dachu, w którym zamiast gwiazd, dostrzegł straszliwe, świecące wilcze oczy.

Jak on się tam znalazł? Szałas wprawdzie był wprawdzie niewysoki, ale ogrodzenie, które miało chronić zagrodę przed wilkami, było o wiele niższe, a jednak chroniło zagrodę przed niepożądanymi gośćmi! Wilk włożył łeb przez otwór w dachu i przemówił do niego ludzkim głosem.

- Jestem królem wilków! Wiem kim jesteś, dlatego tej nocy przyszedłem do ciebie osobiście, aby zawrzeć z tobą układ. Ty codziennie rzucisz nam przez mur okalający zagrodę trzy tłuste owce, albo zniszczysz jedną z tych dziur, jakie dziś zatkałeś, a damy ci spokój. Będziemy także czuwać, by inne wilcze stada nie kradły twoich owiec – wyjaśnił.

- Nie myśl, rabusiu, że przystanę na twoje warunki. Król powierzył mi swoje stado, bym je chronił i doglądał, więc zamierzam dotrzymać swojej obietnicy. Precz, bestio, bo wygarbuję ci skórę moją laską pasterską!

- Pożałujesz tego, młokosie! Nie wiesz, że królowi, nawet wilczemu, nie odmawia się? Sam wyszeptałeś te słowa, gdyś wracał do domu, by pożegnać się z rodzicami i rodzeństwem! Nie pamiętasz? Szedłem za tobą, choć mnie nie widziałeś, i wszystko słyszałem! Nie zaznasz od nas ani chwili spokoju. Nawet gdy będzie ci się wydawało, że jesteśmy daleko, ktoś z nas będzie nieustannie śledził twoje ruchy, by w chwili nieuwagi lub zmęczenia narobić tak wielką szkodę, że twój Król wybuchnie na ciebie gniewem! Głupiś, młokosie! Inni pasterze przystali na moje warunki i żyli spokojnie, nie narażając się na nasze ataki. Twój Król bogaty, ma niezliczone stada, nawet nie zauważy, że z jego stada zginie kilka tłustych owiec!

- Nie będę z tobą paktował! Król zna każdą owcę po imieniu, więc z pewnością dostrzeże, że część owiec zginęło od twoich zębisk i pazurów!

- Jak sobie życzysz, głupi młokosie. Od tej pory nie licz na moje względy. Między nami wojna! Jeszcze przyczołgasz się do mnie gdy będziesz zmęczony ciągłą walką, by prosić mnie o łaskę, ale ja nie mam zamiaru być dla ciebie litościwy!

Wilczy król zeskoczył z dachu i pognał w kierunku pobliskich zarośli. Pasterz niezwłocznie wstał i ruszył, aby obejść stado. Wiedział, że wilk spełni pogróżki i rychło pojawi się pod ogrodzeniem z całą watahą, by porwać kilka owiec.

Rzeczywiście, zanim nastał świt, pod kamiennym murem pojawiło się kilka ciemnych sylwetek. Złowieszczo zapaliły się ogniki wilczych oczu, ale pasterz nie uląkł się i rozpalił ognisko. Zdemaskowani rabusie odskoczyli w las.  Przez kilka dni i nocy sytuacja powtórzyła się. Ogień skutecznie odstraszał watahę, ale którejś z kolei nocy spadł ulewny deszcz. Przygotowany stos drewna nie zapalił się. Rozzuchwalone wygłodzone wilki wskoczyły na kamienny mur, ale pasterz był uzbrojony w potężną, sękatą laskę. Uderzał nią w kudłate grzbiety napastników. Wilki skowycząc spadały w dół i słaniając się na nogach, umykały w stronę zarośli. Jednak nie wszystkie bały się pasterskiej laski. Trzy najstarsze mimo bolesnych razów, jakie spadały na ich grzbiety, rzuciły się na dzielnego pasterza, raniąc go dotkliwie w ręce. Poszarpana szata nie uchroniła go od ostrych pazurów i potężnych kłów. Gdy wydawało mu się, że nie zdoła ich odpędzić, wilki niespodzianie puściły go, jakby czymś przerażone. Pasterz jednak nie dostrzegł niczego, co mogło spowodować taki obrót sprawy. Gdyby mógł, dostrzegły za sobą  ogromną postać wspierającego go Króla – który był widzialny w tym momencie jedynie dla wilków.

Tak mijały kolejne dni, miesiące i lata. Pasterz stracił rachubę czasu, zajęty doglądaniem owiec i ich obroną. Walka z wilkami spowodowała, że jego ciało pokryły liczne blizny. Niektóre z nich były bardzo widoczne, inne – mniej, choć wynikały z ran równie niebezpiecznych dla życia. Co dziwne, wszystkie odniesione urazy bardzo szybko zasklepiały się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko pomyślał o swoim Królu i o ukochanej owczarni. Nie czuł więc bólu i niezmiernie cieszył się, że nie uległ żądaniom króla wilków.

Przywiązał się do owieczek niezmiernie i pokochał owce jak własne dzieci. Nie wyobrażał sobie życia bez nich, więc nawet nie chciał myśleć o tym, że kiedyś będzie musiał opuścić je, gdy zabraknie mu sił i będzie musiał oddać je w ręce kogoś innego. Gdy wieczorami siadał na ławce przed szałasem i spoglądał na owce spędzone z pastwiska i zgromadzone w zagródce, radowało się jego serce. Były zdrowe i zadbane. Przywiązały się bardzo do swojego opiekuna. Król, który od czasu do czasu przybywał do jego owczarni, by wybrać najstarsze, był z nich bardzo zadowolony. I pasterz czuł się szczęśliwy, bo niczego mu nie brakowało. Król zatroszczył się bowiem o wszystkie jego potrzeby. Tak upływały mu kolejne lata. Nawet nie zauważył, jak bardzo jego serce upodobniło się do dobrego serca jego Króla.

Kiedyś, gdy po burzy na polnej dróżce pojawiła się spora kałuża, pasterz ujrzał w niej swoją twarz. Nie poznał się – jego krucze włosy zmieniły barwę na siwą, a ogorzałą twarz pokrywały blizny i zmarszczki.

- Czyżbym się już tak zestarzał? –pomyślał zdumiony. Czuł jednak, że nie ma już tyle sił, jak wówczas, gdy przeniósł się w te strony na prośbę Króla. Zmęczyło go nie tyle doglądanie owieczek, co ciągłe potyczki z wilkami.

- Co się stanie, jeśli całkiem opadnę z sił? Kto obroni moje kochane dzieci? Nie chciałbym, aby którejkolwiek z owieczek stała się krzywda i padła ofiarą zgrai wilków. Chciałbym być z nimi do końca moich dni, ale wiem, że musi kiedyś nadejść dzień, w którym będę musiał rozstać się z nimi, aby ktoś młodszy i silniejszy zatroszczył się o nie, gdy nie zdołam obronić ich swą pasterską laską.

Gdy tylko to pomyślał, natychmiast obok niego zjawił się, jakby wyrósł spod ziemi, znienawidzony król wilków.

- Widzę, że dojrzałeś już do podjęcia odpowiedniej decyzji. Jesteś stary i zmęczony. Nie masz już sił, by walczyć z moją watahą. Decydujesz się na układ? – zapytał.

- Nie! Idź precz! Nie pójdę z tobą na żadną ugodę, już ci raz powiedziałem, że nie wydam ci ani jednej owcy, bo jestem za wszystkie odpowiedzialny. Są jak moje dzieci. Każdą nosiłem na ramionach, gdy była mała i słaba. Leczyłem chore, doglądałem karmiące i choćbym miał zginąć, nie wydam ci ani jednej!

- Jak chcesz! Twardym byłeś przeciwnikiem, nie znalazłem tu więc pożywienia, ale teraz, kiedy odkryłeś, że jesteś za słaby na walkę ze mną, musisz się ugiąć!

- Nie! O każdą będę walczył, choćbym miał zginąć od waszych zębisk i pazurów!

- Trudno, wkrótce przekonasz się, że wybrałeś nieroztropnie!

Rzeczywiście, nim słońce ukryło się za horyzontem, usłyszał złowieszcze wycia za kamiennym murem.  Wataha wskoczyła na mur i rzuciła się na niego z niebywałą wściekłością. Król wilków, który tym razem sam jej przewodniczył, rzucił się mu do gardła. Poranione ręce z trudem trzymały sękatą laskę, która wydawała się mu cięższa niż zwykle. Po długiej, morderczej walce, gdy ostatni napastnik umykał skowycząc i liżąc rany, poraniony pasterz spojrzał w niebo. Błyszczały na nim przepiękne gwiazdy ułożone w przemyślne konstelacje.

-Mój miłościwy Królu! Jestem już bardzo stary i zmęczony. Boję się, że nie zdołam już następnym razem uchronić Twojej ukochanej trzódki przed wilczym stadem. Zabierz mnie do siebie, a poślij tu silnego, młodego i wiernego ci pasterza, jak mnie posłałeś tu przed laty.

- Sługo mój wierny, byłeś mi jak rodzony syn – oddany i troszczący się o powierzoną owczarnię. Byłem tu podczas każdej walki, choć mnie nie widziałeś. Wiele twojego potu wsiąkło w tę murawę i wiele kropel krwi. Pójdź do mojego pałacu po zasłużoną nagrodę i wypoczynek, zasłużyłeś na nie jak niewielu z tych, których niegdyś powołałem tu na służbę. Nie martw się o owieczki. Dziś jeszcze wezmę je wraz z tobą do siebie na moje bezpieczne i bogate w soczystą trawę pastwiska, by już nigdy nie zagroził im żaden wilk.

 

I powędrowali razem na bezpieczne zielone łąki miłosiernego Króla – pasterz i jego owczarnia, którą tak bardzo ukochał, że nie uląkł się ran zadanych przez żarłoczne wilki, gdy je chronił od straszliwej śmierci w wilczych kłach i pazurach.

 

7 czerwca 2013

- w Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa