Home Blog Powołanie (1)

Blogi na Nasza-Wiara

Użytkowników naszych Blogi .

sie 09
2017

Powołanie (1)

Dodany przez Magdalena Tarasiewicz   -   [Cały blog]

Magdalena Tarasiewicz

Konrad miotał się po pokoju, ciągle coś potrącał, przewracał, zrzucał. Myśli kłębiły się mu w głowie, a słowa rzucone w gniewie przez ojca, zabolały go dotkliwie. Chciał być sam, więc zostawił na stole lakoniczną kartkę, że ma dość takiego życia, w którym nie może o niczym sam decydować, spakował plecak i ruszył przed siebie. Było mu obojętne, gdzie idzie – byle jak najdalej od ojca, który ciągle narzucał mu swoją wolę, nie licząc się z jego marzeniami, planami i uczuciami. Zatęsknił za matką, która zawsze w takiej chwili potrafiła go uspokoić. Gdy żyła, wymykał się więc do niej w tajemnicy przed ojcem. Widok pogodnego malca, młodszego o niemal trzynaście lat braciszka, uspokajał go, a mądre rady matki sprawiały, że wybaczał ojcu i wracał do domu bez gniewu i żalu.

     Teraz, gdy nie żyła, nie miał się przed kim otworzyć. Przecież nie pójdzie na jej grób, bo to bez sensu. Jej tam nie ma, rozkładający się trup pod marmurową płytą i tyle – przekonywał siebie samego,  cytując bezwiednie słowa ojca, który na wieść o każdej jego wyprawie  na grób matki wpadał w furię. A jednak chłopak czuł, że ona tam jest i słucha jego cichych skarg. Czuł, że człowiek to nie tylko materia, która po pewnym czasie ulega rozkładowi, lecz jeszcze coś, co nie umiera. Może to tylko wspomnienia, a może dusza, w której istnienie wierzyła nie tylko matka i ciotka, ale też dziadkowie i mały Staś, który po śmierci mamy z poważną miną oświadczył, że teraz mama będzie mieć dla niego więcej czasu i razem z Aniołem Stróżem będzie się nim zawsze opiekować, bo jest jeszcze za mały. Czy to sam wymyślił, czy też o tym powiedziała mu przed śmiercią mama, tego nie wiedział, ale miała dość czasu na to, by przygotować ich na swą śmierć, gdyż  wiedziała o swej nieuleczalnej chorobie.

     Tym razem zapragnął  odwiedzić miejsce, gdzie z matką spędził wiele godzin na poważnych rozmowach o sensie życia, cierpienia i wszystkiego tego, co ich spotkało. Szedł znaną mu wąską drogą, która prowadziła za miasto na teren ogródków działkowych. Ruch na niej był mały, więc nie musiał iść poboczem porośniętym krzakami zdziczałych malin, nawłocią i samosiejkami różnych drzew liściastych. Nie szedł tą drogą od dwóch lat, od śmierci matki, która wraz ze swą starszą siostrą uprawiały małą działkę niemal na końcu terenu rekreacyjnego położonego na obrzeżu miasta. Kiedyś przychodził tu i ojciec, ale od czasu, gdy wyrzucił matkę z domu, nie pokazał się tam więcej.

     Konrad sforsował płot i ruszył w kierunku małej altanki, którą wybudował jeszcze jego dziadek – ojciec matki, który też posadził wszystkie drzewa i krzewy owocowe. Teraz tylko drzewa były widoczne zza wysokiej trawy i ogromnych chwastów, więc przedzierał się  ku  zasłoniętej chaszczami po dach altance z pewnym trudem. Wypchany plecak ciążył coraz bardziej, więc gdy dotarł na miejsce, zrzucił go i usiadł na ławce pod oknem domku.

      Z ciekawością, ale i z pewnym rozrzewnieniem rozejrzał się wokoło.  Znał tutaj każdy kąt, spędził tu kiedyś sporo czasu – najpierw jako dziecko z obojgiem rodziców, potem ukradkiem z matką, ciotką i małym braciszkiem Stasiem. To właśnie on był powodem, że kochający, jak się wszystkim wydawało, ojciec wyrzucił matkę z domu. Była w ciąży, a ojciec nie życzył sobie drugiego dziecka. Konrad miał wtedy dwanaście lat,  a ojciec był dla niego  ideałem. Tego wysokiego, przystojnego, poważanego ze względu na stanowisko i wykształcenie człowieka sukcesu, wskazywano w jego szkole za wzór, że warto mieć ideały, by do nich dążyć i by je kiedyś własną pracą i wytrwałością osiągnąć. Był więc z niego dumny, bo zazdroszczono mu, że jest synem takiego człowieka.

      Konrad pamiętał, jak pewnego dnia doszło do kłótni między rodzicami. Mama wróciła od lekarza rozpromieniona i tajemniczo uśmiechnięta. W jedwabnej błękitnej bluzce wyglądała prześlicznie. Przygotowała uroczysty podwieczorek – ulubione ciasto ojca, zapaliła świece, więc zaciekawiony  zapytał, jaka to okazja.

- Mam dla was niezwykłą niespodziankę – będziesz znów ojcem, Robercie.  Konradku, nie będziesz już sam, tak bardzo chciałeś mieć braciszka lub siostrzyczkę ...

- Cooo? Nie pozwalam! Jak śmiesz! Już o tym kiedyś rozmawialiśmy, że nie chcę więcej pieluch w domu! Usuniesz! Nie ma mowy! Usuniesz! – krzyczał ojciec, nie zważając na obecność Konrada, który stał z szeroko otwartymi oczyma, gdyż po raz pierwszy zobaczył tak rozsierdzonego ojca. 

Matka  zaskoczył taki wybuch złości, jednak szybko się otrząsnęła.

- A kim ty jesteś, że ośmielasz się decydować o życiu i śmierci drugiego człowieka, twojego własnego dziecka? Bogiem? Nie pozwolę na to! Rozumiesz? Siedzisz na wysokim stołku i myślisz, że masz prawo decydować o wszystkim? Jak możesz tak mówić? Nie pozwolisz urodzić się naszemu dziecku, bo ci przeszkadzają pieluchy? I tak nie ty je będziesz zmieniać! – powiedziała stanowczo.

Ona nie uniosła się gniewem, patrzyła ze zdumiewającym w tej sytuacji spokojem na czerwonego z gniewu ojca. Spojrzała na przestraszonego Konrada i poprosiła go, by poszedł do swojego pokoju.

- Nie możesz decydować, które dziecko ma prawo żyć, które musi umrzeć. Nie masz do tego prawa.  Nie zabiję naszego dziecka!

- Nieee? To wynoś się z mojego domu! Nie chcę cię więcej widzieć!– wrzeszczał na cały dom, ubliżając żonie wyszukanymi epitetami.

     Konrad wcisnął się w mały kącik między szafą a ścianą, jak kiedyś, gdy był mały i szalała za oknem burza. Mama weszła do jego pokoju, przytuliła go, widząc  przerażenie dziecka. Chłopiec bał się gniewu ojca, nie zrozumiał, dlaczego tato  chciał wyrzucić mamę z domu. Wtulił się w nią, obejmując ramionami. Zrozumiał tylko, że gdzieś tam pod jej sercem żyje malutki braciszek, bije jego kochane malutkie serduszko, którego tato nie chce i kazał zabić. Konrad trzymał się kurczowo matki, ale ojciec wyszarpnął go z jej objęć, wypchnął matkę za drzwi i zamknął dom na klucz. Matka pukała w drzwi zziębnięta, gdyż na dworze wiał zimny wiatr  i padał deszcz ze śniegiem, ale ojciec nie reagował. Konrad chciał jej rzucić przez okno wełniany sweter, ale ojciec zauważył to i wyrwał mu go z ręki, zamykając okno tak gwałtownie, że szyba wypadła z brzękiem, zasypując drobnym szkłem podłogę, parapet i, jak się nazajutrz okazało, chodnik przed domem. Ojciec zaklął i kopniakiem przegonił chłopca z pokoju.

    Stała jeszcze przez chwilę pod ich domem sądząc, że szał męża minie, lecz w końcu zziębnięta  poszła w kierunku ulicy. Nieznajomy kierowca zauważył zbyt lekko ubraną zapłakaną kobietę i zatrzymał samochód. Zawiózł kobietę do  siostry, która rano zjawiła się po jej rzeczy, lecz ojciec nie pozwolił  niczego zabrać.

- Niczego nie dam. Może wrócić, ale bez bachora.

- Ty się Boga nie boisz!

- Nie boję się, bo Go nie ma!

- Jak możesz tak mówić? Przecież kiedyś chodziłeś do kościoła, macie ślub kościelny.

- Chodziłem, bo byłem głupi, otumaniony przez klechę! Nareszcie zmądrzałem!

- Widzę, że Marysia nie ma po co wracać! Nie potrzebuję już tych szmat, sama jej kupię, co  potrzebne, ale dziecka nie dam na zmarnowanie. Chodź, Konradku!

cdn